twitter

Twitter rośnie w siłę

 
No dobra, przyznaję się bez bicia – do niedawna jeszcze Twittera nie używałem. Przyczyna była prosta – nie wydawał mi się być do niczego potrzebny. Poza tym nie do końca rozumiałem jego ideę, a co za tym idzie niesamowicie rosnącą popularność. Sądziłem wręcz, że jest to raczej ciekawostka, która raczej prędzej niż później odejdzie do lamusa. Ależ się niesamowicie myliłem!
 
W naszym kraju co prawda serwis dopiero raczkuje i nieśmiało zaczyna podgryzać tort pt. social media, na zachodzie wygląda to jednak zupełnie inaczej. Za przykład wystarczy wziąć chociażby ostatnie komunikaty reklamowe podczas amerykańskiego SuperBowl – w prawie połowie z nich można było odnaleźć odnośniki do aktywności na Twitterze.
 
Któregoś pięknego dnia postanowiłem więc w wolnej chwili trochę sobie poklikać i zobaczyć o co tyle szumu. No i zobaczyłem. Przez najbliższych kilka dni przekonałem się, że właściwie używany profil może być niesamowitym źródłem informacji – tych merytorycznych czy zawodowych, jak i tych rozrywkowych (niektóre celebrytki czy modelki naprawdę mają fantazję…).
 
Można sporo pisać o zaletach tego sposobu komunikacji – szybkości informacji, zwięzłości przekazu czy możliwości agregowania interesujących treści. Przede wszystkim dla mnie Twitter ma też jednak jedną niepodważalną zaletę w stosunku do innych portali/aplikacji społecznościowych – autentyczność (a może nawet intymność?) przekazu.
 
Komunikacja na fanpage’u fb czy oficjalnej stronie internetowej z tuzinem administratorów, speców od PR i cenzorów to nie to samo, co przeklinający po nieudanym występie sportowiec, polityk publikujący treść pod wpływem emocji czy dziennikarz piszący o czymś, czego nie chce opublikować jego wydawca. Śmiem twierdzić, że działa to w dwie strony – odpowiednio adresując tweeta każdy może dotrzeć bezpośrednio do konkretnego odbiorcy. I to jest moim zdaniem jedna z przyczyn tak niesamowitej (i wciąż rosnącej) popularności Twittera, który już niebawem powinien stać się dość ważnym graczem także u nas.
 
I tak sobie tylko na koniec myślę, że gdyby ktoś w połowie lat 90′ powiedział nastoletniemu mi – fanowi Chicago Bulls, że mogę w środku nocy wstukać na komputerze gratulacje za dobry występ dla Michaela Jordana i przesłać je do niego, to chyba bym się dał za to pokroić. :)