lokowanie

Product placement w polskich serialach

 

Nie będę lansował się modnym ostatnio stwierdzeniem, że „nie oglądam telewizji, bo to złooo”, ani że „nie mam telewizora, bo po co, skoro wszystko jest w Internecie”. Nie będę też kłamał, że nie zdarza mi się obejrzeć jakiegoś polskiego serialu (chociaż to akurat bardziej pod kątem porównania poziomu naszych seriali do produkcji z USA). Jedno natomiast mogę powiedzieć – product placement w rodzimych produkcjach, mówiąc delikatnie, leży i kwiczy…

 

Żeby nie było – idea product placementu jak najbardziej do mnie przemawia. Odpowiednio skonstruowany przekaz reklamowy wpleciony w scenariusz czy scenografię poza osiągnięciem celów reklamodawcy może także wnieść wartość dodaną dla twórców filmu, serialu czy programu tv (nie wspominając o oczywistości w postaci zastrzyku gotówki na realizację produkcji). Dlaczego więc w polskich produkcjach robi się to w sposób tak siermiężny, że ja jako świadomy konsument czuję, że ktoś próbuje mną ordynarnie manipulować, a zamiast pozytywnych skojarzeń z marką pozostaje niesmak?

 

Z nieskrywaną ciekawością oglądam ostatnio „Prawo Agaty”. Nie dlatego, że serial jest jakoś szczególnie fajny, ale dlatego, że dawno nie widziałem tak nachalnego promowania produktów i firm, jak tam. Kto ogląda, ten na pewno kojarzy, o czym mówię. A jak ktoś nie ogląda, niech sobie zerknie choćby na to:

 

 

To tylko przykład, takich kwiatków było jeszcze kilka – bardzo pozytywna rozmowa jednego z bohaterów z doradcą z sieci gsm (milion reklam w przerwach serialu danej sieci), jedna z bohaterek dostaje w prezencie nowy „super-ultra-mega-zajebisty” smartfon (informacja w przerwach o modelu i tym, że producent sponsoruje program), główna bohaterka dwa i pół sezonu jeździ złomem, żeby z głupia frant dostać od ojca nówkę-sztukę samochód z salonu (milion reklam producenta w przerwach, informacja o sponsorowaniu programu). Na tym tle większość serialowych mieszkań/domów urządzona w całości meblami i sprzętami z katalogu IKEA, promowanie jedynych słusznych produktów spożywczych i ich dostawców czy promocja marki samochodu w serialach typu „Rodzinka.pl” jawią się jako drobne uchybienia.

 

Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest zapewne bardzo prosta, tak jak w wypadku większości narzędzi marketingowych. Jest tak, bo to działa (a przynajmniej wskazują na to badania marketingowe i wyniki kampanii). Gdyby nie działało, to przecież już dawno nikt by tego nie stosował. Co jest jednak smutne, to fakt, że działa to podane w takiej formie, bo to kiepsko świadczy o konsumentach będących grupą docelową. Nie od dzisiaj wiadomo, że świadomość polskiego konsumenta jest daleko w tyle w porównaniu do zachodu Europy czy USA. I chociaż zmienia się to i powoli zaczynamy doganiać resztę świata, to mam wrażenie, że przed nami bardzo długa droga.

 

A przecież można zrobić to wszystko z klasą – jeśli nie wiesz jak, obejrzyj film „Ja, Robot”, a zrozumiesz o co mi chodzi. Skoro oni mogli działać w ten sposób prawie dziesięć lat temu, to może i u nas w końcu doświadczymy czegoś na zbliżonym poziomie…