ID-1002748_1

Czas i ciśnienie

Jakoś tak mnie naszło na napisanie czegoś pod wpływem informacji o niewątpliwej tragedii jaka miała ostatnio miejsce – ojciec zostawił dziecko w samochodzie i wszyscy wiemy jak strasznie się to skończyło.

Nie o samym fakcie chciałem pisać – nie będę się przyłączał ani do grona hejtujących, ani do broniących kolesia. Tragedia ta to dla mnie po prostu kolejny smutny klocek w perfidnej układance, którą sami sobie zafundowaliśmy i fundujemy cały czas.

Codziennie i dzień w dzień sami sobie gotujemy los, który sprowadza nas do roli maszyn, działających na bazie odruchów. Wszystko musi być gotowe na już. Albo na wczoraj. Znacie zapewne ten stary żart:

Wchodzi klient do agencji reklamowej i rzuca stos papierów na stół, po czym następuje wymiana zdań z copywriterem:
– I co, pewnie ma być na jutro?
– Jakbym chciał na jutro, to bym przyszedł jutro!

Tylko, że to wcale nie jest żart. A przynajmniej przestał być już jakiś czas temu.

Specyfika branży, w której pracuję wymusza na mnie niestety dokładnie takie działanie. Wszystko musi być już, teraz, w tej chwili. Do tego ostatnio doszła także praca w kilku różnych strefach czasowych, w dodatku z klientami z Azji (którzy sen uważają za mrzonkę).

Śmiem twierdzić, że i tak całkiem nieźle to wszystko ogarniam – jakoś znajduję czas na życie rodzinne, dbanie o formę fizyczną czy drobne przyjemności. Ale i tak w zasadzie nie wiem kiedy z kolejnego poranka robi się wieczór, z dnia tydzień, z tygodnia rok. Przecież dopiero co były święta, a już jest lato. I zaraz zresztą jego też juz nie będzie.

Spójrzmy chociaż na „pisanie” tego bloga. Obiecywałem sobie, że będę pisał co najmniej raz na tydzień. I po raz kolejny nie podołałem temu wyzwaniu. Bo zawsze coś się znajdzie – bo klient, bo zlecenie, bo projekt, bo trening bez którego dupa rośnie, bo czasem po 12-godzinnym dniu pracy (czwartym z rzędu), po prostu, najzwyczajniej, ordynarnie mi się nie chce. Gdyby ktokolwiek zapytał mnie ile czasu minęło od ostatniego wpisu na blogu, powiedziałbym, że pewnie z miesiąc (a de facto minęły prawie trzy)…

Ciągle chcemy więcej, mocniej, szybciej. Tak w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Przez to ciągle jesteśmy w stanie gotowości (bo musimy być), bez szans na prawdziwy odpoczynek. Odkładamy wszystko do kolejnych „kamieni milowych” – byle do wakacji, byle do świąt, byle do weekendu. Tymczasem powoli zjadają nas depresje, nerwice, FOMO, a moment, w którym rozsypie się zdrowie fizyczne jest tylko i wyłącznie kwestią czasu…

Gdybym był filozofem, zapytałbym pewnie „No i po co?”, ale każdy ma przecież swoją własną motywację i cele. Ja wiem jaki jest mój na ten rok – ustalenie właściwego work-life balance. Zamierzam pracować, żeby żyć, a nie żyć żeby pracować. W końcu nikt jeszcze na łożu śmierci nie stwierdził, że żałuje tego, że nie pracował więcej…

 

Image courtesy of Suat Eman / FreeDigitalPhotos.net