ID-10081974t0zz_1

A więc chcesz być designerem?

Zaczyna się przeważnie tak samo. Gdzieś po drodze stwierdzasz, że lubisz sobie pobazgrać, kolory są fajne, kredki jeszcze bardziej i ogólnie sprawia Ci to radochę. Potem okazuje się, że nawet umiesz narysować coś, co nie wygląda jak wytwór średnio uzdolnionego pięciolatka. Ktoś mówi Ci, że masz talent (przeważnie to Twoja babcia, której jesteś oczkiem w głowie), a Ty zaczynasz w to wierzyć.

Wiadomo, że obecnie bez komputera ani rusz, więc zaczynasz bawić się programami do obróbki grafiki. Coś Ci się udaje, sporo się nie udaje, ale dalej sprawia Ci to radochę. I tak się bawisz, aż w pewnym momencie niczym grom z jasnego nieba trafia Cię myśl – a może bym tak został graf… designerem?!

Taaaak… Oczami wyobraźni widzisz już swoje piękne studio, obowiązkowo z najnowszymi Macami i najwyższym modelem Intuosa. Twoje prace zdobywają KTRy i inne nagrody, prezentują je w Cannes. Ty, prawie jak gwiazda rocka, masz liczne grono fanów i (co ważniejsze) fanek. Każdej z nich (co wieczór innej oczywiście) pokazujesz swoją kolekcję zajebistych plakatów wiszących w Twoim nie mniej zajebistym lofcie/penthousie, do którego wozisz ją furą, za którą „na mieście” obejrzy się każdy niezależnie od płci i orientacji.

I wtedy już jesteś pewny – zostaniesz designerem! Zaczynasz się dokształcać, czytasz setki książek, portali, blogów i innych publikacji. Masz swoich idoli, nawet niechcący wiesz cośtam o sztuce wyższej. Wyznaczasz sobie coraz ambitniejsze cele, przez co zaczyna Cię chwalić ktoś inny niż wspomniana wyżej babcia. Twoje ego powoli rozsiada już obok Ciebie, robiąc sobie drineczka. A Ty jedziesz dalej i postanawiasz wziąć się za projekty komercyjne, bo przecież loft się sam nie zmaterializuje.

I tu pojawia się Pan Dante Alighieri ze swoim słynnym cytatem. Pamiętasz co wisiało na bramach piekła? „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.” Bo do piekła właśnie, mój drogi, trafiasz. Jeżeli jeszcze nie przekroczyłeś tej wirtualnej bramy, pozwól, że nieco Cię oświecę i naprostuję delikatnie niektóre kwestie.

 

Będę artystą i gwiazdą branży!

Nie będziesz. Prawdopodobnie. Musiałbyś być cholernie utalentowany i mieć drugie tyle szczęścia. O warsztacie nie wspominając. Jest szansa, że będziesz rzemieślnikiem. Może nawet dobrym. Jest duża szansa, że będziesz zwykłym wyrobnikiem. Albo nikim.

 

Będę robił wspaniałe, ambitne projekty!

Nie będziesz. Będziesz robił projekty pod briefy klientów. Projekty, które będą miały się podobać klientowi, nie Tobie. Będziesz je robił dopiero w momencie, w którym ktoś uzna, że się do tego nadajesz. Do tego czasu 90% Twojej pracy to będą żółto-czarne banery „Sprzedam Dom” albo „Auto-Myjnia”. Jak będziesz miał farta dostaniesz ulotkę knajpy do złożenia.

 

Będę naprawiał świat!

Nie będziesz. Chyba, że pro bono – ale pamiętaj o lofcie! W pracy będziesz chciał zarabiać, a nie walczyć z wiatrakami. A tak to u nas w Polszy wygląda. Gdybym chciał poprawiać każdy słaby projekt, który przechodzi przez moje ręce, nie robiłbym nic innego. Gdybym ciął się za każdym razem, kiedy widzę taki projekt, nie miałbym już miejsca na przedramionach. Ani na ramionach. I na połowie pleców.

 

Nie wypuszczę słabego projektu!

Wypuścisz. Prędzej czy później. Z tej czy innej przyczyny. Klient będzie chciał szybko. Albo tanio. Albo jedno i drugie. Albo dostaniesz blokady twórczej (zdarza się najlepszym) i przez 3 tygodnie nie wymyślisz ANI JEDNEJ sensownej propozycji. Albo wyślesz klientowi 18 wersji projektu, a on dalej nie będzie zadowolony. Więc zrobisz 19 wersję na odczepnego, a on ją pokocha miłością szczerą i oddaną.

 

Będę miał świetne portfolio!

Nie będziesz. Chyba, że to, które stworzysz przed podjęciem decyzji o zarabianiu na projektowaniu. Pod większością projektów nie będziesz chciał się podpisać, a co dopiero gdzieś je zaprezentować. Jak już trafi Ci się perełka, z której będziesz zadowolony, to okaże się, że w umowie z klientem jest zapis, który zabrania Ci publikacji jej w portfolio.

 

Będę freelancerem, bo to modne i wygodne!

Powodzenia. Przy pracy w biurze na drugim końcu miasta perspektywa siadania do komputera w samych gaciach jest naprawdę kusząca. Po 3 miesiącach nie będziesz nawet wiedział gdzie masz spodnie. Po pół roku nie będziesz wiedział co to są spodnie. Ale przynajmniej zapuścisz hipsterską brodę. Nie, żebyś to planował oczywiście, samo wyjdzie. Aha i jeszcze jeden mały kruczek. Prowadziłeś kiedyś firmę? Nie? To zapytaj kogoś, kto prowadził ile zajmują mu tak błahe czynności jak papierologia czy pozyskiwanie klientów (oni nie biorą się z powietrza). A potem zobacz ile czasu zostanie Ci na realne projektowanie. I przyzwyczaj się do kanapki po studencku (chleb posmarowany nożem), bo zanim zaczniesz zarabiać, to będzie Twoj podstawowy posiłek.

 

Dobra, chyba wystarczy, chociaż to i tak czubek góry lodowej. Udało mi się Ciebie zniechęcić? Nie chcesz już być designerem? Jeśli tak, to dobrze. Oszczędziłem Ci masy rozczarowań i kupę czasu. W tej branży nie ma miejsca dla ludzi żyjących złudzeniami. Im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej.

Jeśli jednak nie czujesz się zniechęcony, to dobry znak. To znaczy, że wiesz co robisz (albo przynajmniej Ci się wydaje). To znaczy, że jesteś gotowy na cierpienie i borykanie się z niełatwą codziennością w poszukiwaniu tych kilku rzadkich momentów, w których odejdziesz od monitora z myślą, że właśnie stworzyłeś coś wyśmienitego, z czego możesz być dumny. To znaczy, że jesteś uzależniony od tego uczucia niczym od najlepszego z narkotyków, bo wiesz, że mało co może się z nim równać. To znaczy, że może jednak dasz sobie radę…

 

Image courtesy of t0zz / FreeDigitalPhotos.net